niedziela, 10 lutego 2013

Rozdział 1

To głupie. To naprawdę głupie.Stałam nad klifem w środku dzikiego lasu i patrzyłam w dół. Jedna,wielka, czarna dziura.Czy ukoi mój ból? Czy pozwoli mi zapomnieć o życiu i zasnąć wiecznym snem? Wreszcie będę szczęśliwa. Ale czy na pewno? Nie.Byłam pewna, że nie. Dlaczego chciałam to zrobić? Dlaczego chciałam się zabić? Miałam dość powodów, aby popełnić taki czyn.I wcale nie chodziło tutaj o wielką miłość, o nie.Jedyne co tak naprawdę mnie do tego ciągnęło była śmierć. Pomyślicie,że oszalałam, ale byłam jak najbardziej normalna. Regularnie chodziłam do lekarza na badania kontrolne i wyniki były zaskakująco dobre jak na mnie. Praktycznie nigdy nie chorowałam.Jedynie raz, gdy miałam może sześć lat.
Rodzice nie chcieli mi powiedzieć co się stało i dlaczego wylądowałam w szpitalu, ale ja i tak dowiedziałam się prawdy. Usłyszałam kiedyś ich rozmowę na tyle dziwną, że później stwierdziłam, iż coś jest ze mną nie tak.Wcale nie zachorowałam wręcz przeciwnie.Tak naprawdę połknęłam garść tabletek i popiłam je kawą dla dorosłych.Skąd ją wzięłam? Tego akurat nie pamiętam.Musiała leżeć na stole pozostawiona przez mamę lub tatę.To był pierwszy raz gdy próbowałam popełnić samobójstwo.Dlaczego tak bardzo ciągnęło mnie do śmierci?
Wkrótce znalazłam odpowiedź na to dręczące pytanie.
Po pierwsze, rodzice nie zajmowali się mną.Oczywiście dawali mi wszystko czego potrzebowałam,lecz ich brak zainteresowania mną sprawił,że uwierzyłam,iż jestem im obojętna.Naturalnie, kochali mnie,ale nigdy mi tego nie powiedzieli.Chyba miałam więc prawo sądzić inaczej?
Po drugie, brak znajomych i przyjaciół.Ludzi z którymi mogłabym porozmawiać, pośmiać się i wypłakać gdyby zaszła taka potrzeba.Nikogo takiego nie miałam.
Po trzecie, szkoła.Co jak co,ale to chyba było najgorsze.Mój dzień wyglądał mniej więcej tak:
wstawałam o siódmej, jadłam śniadanie, ubierałam się ( nie interesowała mnie moda więc chodziłam w zwykłych, szarych ubraniach przez co zostałam wyśmiana przez miłe koleżanki z klasy).
Moje włosy sięgały do ramion, były czarne jak węgiel co mocno mi się nie podobało.
Koledzy z klasy wymyślili mi przezwisko " diabełek ", co było nie na miejscu, bo przecież jestem cicha, skromna i miła dla innych. Ich okrucieństwo wywoływało łzy na mojej twarzy.Nienawidziłam ich.Nienawidziłam szkoły, całego swojego głupiego życia.Dlatego stwierdziłam, po co mam istnieć? Czy ktokolwiek zauważy moje odejście? Ktokolwiek będzie mnie żałował? Byłam jak duch wśród żywych.Nie miałam prawa oddychać, bo karano mnie za to.Złośliwe uśmiechy i komentarze na mój temat, wszystko to było mi tak bliskie.Wszystko sprawiało ból.Chciałam wreszcie poczuć się wolna.A tutaj czułam się jak zwierzę uwięzione w klatce.Musiałam działać.
   Przed swoim wyjściem zostawiłam list pożegnalny dla rodziców. " Nie martwcie się o mnie, wszystko jest w porządku. Wreszcie jestem szczęśliwa. Kocham Was,choć nie wiem czy Wy kiedykolwiek kochaliście mnie ". Tak brzmiały moje ostatnie słowa. Wiedziałam, że sprawiam im ból, ale nie robiłam im tego na złość, tu nie chodziło o nich. Chodziło o mnie.
Chciałam po prostu uwolnić się od tego ciężaru, którym było moje życie. Moja codzienna destrukcyjna rutyna. To mnie niszczyło,dlatego musiałam to przerwać jak najszybciej.Nie będę żałować.Wiedziałam,że nie będę,bo nie miałam już nic do stracenia.
 Zrobiłam krok naprzód.Szłam powoli, a przed oczyma przelatywały mi te wszystkie bolesne obrazy.
Rodzina, dom, szkoła. Nic z czego mogłabym się cieszyć, uśmiechać. Moje życie dobiegało końca, wiedziałam o tym. Jeśli teraz skoczę, drugiej szansy nie będzie.Zdawałam sobie z tego sprawę,a głos wewnątrz mówił,że to jedyne wyjście z tej sytuacji.
 Spojrzałam w dół raz jeszcze. Deszcz, który nagle zaczął padać moczył mi ubranie, włosy.Robiło mi się zimno. Gdy pomyślałam o swym ciele zwisającym ze skał, przeszedł mnie dreszcz strachu. Jeszcze nie jest za późno.Możesz się wycofać.Ale nie mogłam. Nie mogłam.Łzy spływały mi po policzkach, wiatr rozwiewał włosy,które wpadały do oczu i przesłaniały widok.
Odgarnęłam czarne kosmyki i uniosłam twarz do nieba. Woda wsiąkała w moje spodnie,kurtkę. Skały wyglądały niebezpiecznie ślisko. Wystarczyłby jeden krok i znalazłabym się  na dole. Co mnie powstrzymywało?
 Wahałam się i nie mogłam zrobić następnego kroku. Na co czekasz? Skacz, już.
Ale nie skoczyłam. Usiadłam na rozmokłej ziemi i wbiłam paznokcie w grunt.Ukryłam twarz w dłonich, a potem zauważyłam błoto na rękach. Teraz było na mojej twarzy.To już bez znaczenia.
Brudna czy czysta, co za różnica skoro za chwilę będę martwa?
   Wstałam z trudem i wytarłam brudne dłonie o spodnie. Nagle zrobiło mi się ciepło, a wręcz gorąco.Wiał jeszcze wiatr, dlaczego więc nie jest mi zimno tak jak przed chwilą?
Podeszłam do urwiska już chyba trzeci raz tego dnia. Po prostu to zrób. Zamknęłam oczy i postąpiłam do przodu.
- Nie rób tego.
Usłyszałam jakiś głos.To się wydarzyło naprawdę czy tylko to sobie wyobraziłam?
Chyba już nie myślałam jasno.Jeden krok.Wystarczy jeden krok.
-Nie rób tego.
Znowu głos.Tym razem usłyszałam go znacznie bliżej. Był łagodny i uspokajający.Jak niewielki promyk słońca.Dla mnie już nie było słońca, nie było niczego oprócz tej skały i tego jednego czynu.
-Proszę.
Poczułam ciepło na plecach.Mój oddech stał się płytki i urywany.A więc nie wymyśliłam sobie tego.Za mną ktoś stał i próbował  mnie powstrzymać.Ale podjęłam już decyzję.Nie zamierzałam jej zmieniać.
-Nie rób tego.- powtórzył ktoś.
-Przestań!
Nie wytrzymałam i odwróciłam się,aby chwilę potem stanąć oko w oko z chłopakiem o nieziemskiej urodzie.Nieziemskiej i to dosłownie.Patrzyłam na niego jak jakaś idiotka.Gapiłam się i nie mogłam przestać.Wzrostem górował nade mną, blond włosy były tak jasne, że aż raziło w oczy. Miałam ochotę ich dotknąć i sprawdzić czy są tak miękkie na jakie wyglądają.Oczy wpatrywały się we mnie łagodnie.Ten niebieski kolor morskiej wody był tak przejrzysty jak szkło. A usta wręcz idealnie stworzone do tego, aby je całować.
Popatrzyłam na jego ubranie wciąż jak zaczarowana.Czarne spodnie, buty i ...podkoszulek? Czy nie było za zimno na taki strój? Gdzie była jego kurtka i dlaczego nie marzł?
Biło od niego takie przyjemne ciepło,taka łagodność i delikatność, że wręcz kusiło mnie,aby wpaść w jego ramiona i ukryć się przed światem.Uciec od problemów.
Ale nie mogłam tego zrobić.Odwróciłam wzrok i skupiłam się na klifie.Jak miałam skoczyć, skoro on tu był?
-Nie rób tego.
-Możesz przestać? - wyszeptałam ze łzami w oczach.Ból w moim sercu narastał.Kłuł jak igły kaktusa i ranił mnie boleśnie.
-Odejdź stąd.- powiedziałam słabo.Wiedziałam, że moje prośby okażą się bezskuteczne, ale ku mojemu zdumieniu zniknął. W jednej chwili tam był,a w następnej już nie.Może mi się to przywidziało.To nie było prawdziwe.Zaczynałam mieć  omamy, a to nie wróżyło dobrze.
  Deszcz już nie padał, nawet nie zauważyłam kiedy przestał. Wzięłam głęboki oddech  i zamknęłam oczy.Gdy postąpiłam naprzód i prawie zawisłam nad tą olbrzymią dziurą, aby wpaść do niej poczułam na ramieniu uścisk.Nie był mocny, ale nie miałam sił walczyć.
Postąpiłam jeszcze bliżej klifu i postawiłam drugą nogę na skale.
Jakaś siła odciągnęła mnie od tego miejsca i znalazłam się parę metrów od urwiska.
Stanęłam twarzą w twarz z moim wybawcą, jasnowłosym chłopakiem.Byłam pewna,że miałam halucynacje, a on stał teraz przed mną żywy i trzymał mnie za ramię jak gdyby bał się, że spróbuję ponownie.
Popatrzyłam na niego bezsilna.Dlaczego nie zadzwonił na policję i nie poinformował, że jakaś wariatka próbuje skoczyć z klifu? Oni by się mną zajęli, a tymczasem to właśnie on stał teraz ze mną i patrzył mi prosto w oczy, łagodnym niebieskim spojrzeniem. Dlaczego?
Chciałam go zapytać, ale przed oczami zobaczyłam tylko ciemność.Pochłaniała mnie z każdą sekundą i wciągała w swe sidła.
Bałam się.Tak bardzo się lękałam, bo w ciemności nigdy nie będę bezpieczna.





Prolog

Gwiazdy zaczęły spadać,a niebo nagle pociemniało.Wśród drzew stojących na skraju lasu wylądował.Ten, który na zawsze miał odmienić życie jednej zagubionej duszy na tym świecie. Ten, który nauczy ją czym jest prawdziwa miłość i co to znaczy naprawdę żyć.
Ale przyniesie również wielki zawód i bolesne rozczarowanie.Łzy i smutek. Wszechogarniający ból,że nie może być inaczej.To co się ma wydarzyć, dopełni się, lecz nieznane dotąd konsekwencje pewnego uczucia zmienią na zawsze serce i duszę tych osób. Zmienią życie na lepsze, ale czy właściwe? Czy to uczucie może być pewne, jeśli na przeszkodzie stoi przenaczenie? Jeśli przeciwko jest cały świat?
C z y   t o   j e s t   m o ż l i w e ?