sobota, 21 września 2013

Rozdział 4

Sufit miał kolor bezbrzeżnej pustki. Zero plam tylko biała i pięknie nałożona farba. Patrzyłam w górę być może przez jakąś godzinę, dopóki nie wrócili rodzice. Pierwsze co usłyszałam to zgrzyt klucza w drzwiach, a potem ciche szepty. Mama powiesiła płaszcz, a tata przeszedł od razu do kuchni i zaczął wyciągać kubki z szafki wiszącej na ścianie. Skąd to wiedziałam? Zawsze robili dokładnie to samo. Za parę minut przyjdą do mnie, aby zobaczyć jak się miewam. Zapytają jak spędziłam dzień i co robiłam. Na pewno nie powiem im, że próbowałam się zabić, bo zaraz zaczną panikować i wezwą pogotowie. No i myśl, że ktoś obcy był w ich domu i mógł mi coś zrobić nie uspokoiłaby ich zbytnio. Co, prawda Feliks wyjaśnił mi kim jest i co tutaj robi, mniej więcej.
Drzwi do mojego pokoju uchyliły się nieco i w szparze pojawiła się uśmiechnięta twarz mamy.
-Witaj, córeczko.-powiedziała i weszła do środka.-Jak ci minął dzień? Co robiłaś?
A nie mówiłam?
-Dobrze.-powiedziałam spokojnie.-Właściwie to czytałam coś.-skłamałam.
-Rozumiem.-mama podeszła do okna.-Widzę, że sprzątałaś.
-Tak.-zastanawiałam się jak długo to jeszcze potrwa.
-Jutro musimy wyjść wcześnie do pracy więc...-zaczęła.
-Dobra. O mnie się nie martwcie. Poradzę sobie.-usiadłam na łóżku i spojrzałam na mamę.
-Wiem, że mało ze sobą rozmawiamy, ale to się zmieni.
Już kiedyś ta mówiła i jakoś nic z tego nie wyszło. Ale nie chciałam żeby pomyślała, że jestem wyrodną córką więc oznajmiłam:
-Mamo, wszystko jest ok. Naprawdę rozumiem to, że musicie pracować. Kiedyś sama to będę robiła.
Moja rodzicielka posłała mi promienny uśmiech, a zarazem z odrobiną smutku.
-Dobrze cię wychowaliśmy. Jesteś bardzo mądra, Bereniko, wiesz?
Taaak, jasne.
-Chciałaś jeszcze o coś zapytać? -spytałam łagodnie. Nie chciałam żeby pomyślała, że ją wyrzucam.
Mama pokręciła głową.
-Zejdziesz później na kolację? -zapytała.
-Jasne.
Gdy wyszła z pokoju wstałam i podeszłam do okna. Niebo powoli ciemniało, a na północy zaczęły pojawiać się ciemne chmury. Miałam tylko nadzieję, że nie będzie padać. Deszcz instynktownie przypominał mi o tym co chciałam ze sobą zrobić i napędzał mi smutku. Chciałam jak najszybciej zapomnieć.
Pomyślałam, że z pomocą mojego opiekuna może mi się to udać.
Niestety, teraz go nie było. Przyprowadził mnie do domu, a potem zniknął. Powiedział, że muszę nauczyć się żyć sama ze sobą. Nie miałam pojęcia co to niby znaczy. Przecież to on miał mi pomóc, a nie ja sama sobie! Nigdy mi się to nie uda. Nie bez niego.
Tak bardzo chciałam żeby mnie przytulił. Dziwnym trafem w jego ramionach czułam się bezpieczna i szczęśliwa. Jego ciepło, którym mnie zarażał było niezwykłe. Jego uśmiech sprawiał, że chciałam żyć. Gdzie był teraz? I dlaczego zostawił mnie samą?
Pod wieczór zeszłam do salonu. Na stole stał koszyk z pieczywem, a obok niego masło, ser, ogórek, pomidor i jakaś owocowa herbata. Na ten widok jakoś wcale nie zachciało mi się jeść. Wręcz przeciwnie: miałam ochotę wrócić z powrotem do siebie, rzucić się na łóżko i płakać. Płakać całą noc.
-Bereniko, usiądź.-mama odsunęła mi krzesło, jakbym była jakaś niepełnosprawna. -Mam nadzieję, że będzie ci smakować.
-Dziękuję.-powiedziałam i zajęłam miejsce naprzeciwko taty.
Ojciec powitał mnie uśmiechem i spytał:
-Jak twój dzień? Wydarzyło się coś ciekawego?
A żebyś wiedział, tato.
-To co zwykle, nic niesamowitego.-odparłam, znudzona tymi samymi pytaniami.
Rodzice zabrali się do jedzenia, a mnie nie pozostało nic innego jak dołączyć do nich.
Gdy wróciłam na górę nadal miałam ochotę płakać. Nie wiedziałam dlaczego. Może przez to, że Feliks mnie opuścił? Ale w sumie nie powiedział, że będzie tu przez cały czas. To tylko ja tak myślałam. Przecież on też ma swoje życie. Nadal nie wiedziałam jakim cudem wie o mnie aż tyle, ale teraz jakoś mnie to nie ruszało. Bądź, co bądź chciał mnie wyleczyć z mojego starego życia i sprawić żebym zaczęła wszystko od początku.
Gdy za oknem zrobiło się już zupełnie ciemno, a zegar wskazywał dwudziestą piętnaście poszłam do łazienki wziąć prysznic. Weszłam do kabiny i odkręciłam wodę. Ciepły strumień podziałał na mnie relaksująco i wreszcie mogłam o niczym nie myśleć, tylko cieszyć się kąpielą. Gdy nałożyłam żel truskawkowy na ciało poczułam się jak w raju. Spłukałam się dokładnie, po czym wytarłam ciepłym ręcznikiem. Zaczęłam drżeć więc czym prędzej włożyłam piżamę i poczesałam włosy. Przejrzałam się w lustrze tylko przez sekundę, a potem szybko opuściłam łazienkę.
Wieczorem nie było co robić. W telewizorze grali same głupkowate seriale, a do rodziców nie pójdę. Chciałam z kimś porozmawiać, z kimś kto mnie rozumie. A była tylko jedna taka osoba.

Siedząc na łóżku patrzyłam w stronę okna jakby czekając na jakiś ruch, albo cud. Kogo chciałam oszukać? On nie przyjdzie. A już na pewno nie w samym środku nocy. Mimo wszystko gdy zasłona lekko się poruszyła podskoczyłam i podeszłam do okna. Nic. Zamknęłam okiennice i zaciągnęłam zasłony. Może spróbuję jakoś zasnąć. To będzie trudne, ale nie niewykonalne. Już kiedyś miewałam problemy z bezsennością, ale po kilku godzinach wyczerpana zapadałam w sen. Może i tym razem mi się uda.
Ułożyłam się wygodnie w stronę okna i zamknęłam oczy. Nie wiedzieć kiedy łzy same zaczęły mi płynąć po policzkach i wkrótce cała poduszka była wilgotna. Odwróciłam się na drugą stronę nie otwierając oczu. Łzy nadal płynęły. To na nic. Nie uda mi się ich powstrzymać.
Leżałam tak dość czasu i trochę się uspokoiłam, lecz ciągle płakałam. Za żadne skarby nie dałam rady powstrzymać tego. Nawet chusteczki nie pomagały. Oddychałam niespokojnie i wsłuchiwałam się w ciszę. Gdy usłyszałam cichy szmer nie zwróciłam na to uwagi.
Nagle czyjaś dłoń dotknęła mojego ramienia. Zaskoczona odwróciłam się w drugą stronę i napotkałam zatroskany wzrok Feliksa. Moje zdumienie urosło jeszcze bardziej, gdy stwierdziłam, że okno jest zamknięte i drzwi również.
-Jak się tu dostałeś? -wyszeptałam ochrypłym głosem od płaczu.
-To teraz bez znaczenia.-odparł i usiadł na łóżku, tuż przy mnie.-Chciałaś żebym przyszedł.
-Tak, ale...-nie wiedziałam co powiedzieć.-Jesteś niewidzialny, czy jak?
Feliks pokręcił głową i popatrzył w moje oczy.
-Kiedyś wszystko ci opowiem.
-A dlaczego nie teraz?- zapytałam twardo i zaczęłam się podnosić, ale chłopak przytrzymał mnie za ramiona i ułożył z powrotem.
-Spróbuj zasnąć.-rzekł cicho.
-Próbowałam.-powiedziałam żałośnie. Nie chciałam żeby tak wyszło, ale nic nie mogłam na to poradzić.-Dlaczego nie było cię wcześniej?
-Nie mogłem przyjść.-odparł i odwrócił wzrok.-Musisz sama nauczyć się żyć. Beze mnie.
-Skoro tak, to dlaczego mnie po prostu nie zostawisz w spokoju?- wybuchłam.
Kącik jego ust drgnął lekko.
-Jestem za ciebie odpowiedzialny.-znów popatrzył wprost na mnie.-Przez  jakiś czas.
Nie rozumiałam jego postępowania, ale teraz to było bez znaczenia. Ważne, że przyszedł. Patrzyłam na niego i widziałam wyłącznie ciepło. Feliks był właśnie taki. Ciepły. I tego w tej chwili potrzebowałam. To znaczy jego potrzebowałam. Błękit jego oczu przeszywał mnie na wskroś. Mogłabym tak siedzieć do końca świata.
-Jesteś dziwnie spokojna.-zauważył.
-Tak, jestem.-nie odrywałam od niego oczu.-To ty.
-Co ja? -nie rozumiał.
-Ty tak na mnie działasz.-wyjaśniłam i mało mnie obchodziło co sobie pomyśli. Ku mojemu zdziwieniu uśmiechnął się.
-To chyba dobrze.-oznajmił.-Za jakiś czas odzyskasz równowagę i spokój ducha. Wtedy będę mógł odejść.
Było mi wszystko jedno co powie. Jego głos działał na mnie kojąco. Przymknęłam oczy. Nawet pod powiekami widziałam jego obraz. Każdy najmniejszy szczegół. Czułam ciepło, które rozchodziło się po moim ciele. To było przyjemne uczucie.
-Bereniko? -usłyszałam.-Jesteś tu?
-A gdzie mam być? -uchyliłam powieki i napotkałam niebieskie tęczówki koloru morskiej wody.
-Myślałem, że już śpisz.-wyjaśnił i dotknął mojej ręki. Dreszcz przebiegł po mojej skórze.-Zimno ci?
-Odrobinę.-skłamałam, bo było mi nadzwyczaj gorąco. Chciałam żeby mnie przytulił. Byłam pewna, że gdy to zrobi ulegnę samozapłonowi, ale tylko o tym teraz marzyłam.
-Feliksie, czy mógłbyś...? -głupio mi było o to prosić.
-Tak? -w jego oczach pojawiły się iskry rozbawienia.
Nie wiedziałam jak mam to powiedzieć.
-Po prostu mnie przytul.-wyrzuciłam z siebie nim zdążyłam to przemyśleć.
Bez słowa wziął mnie w objęcia. Wtuliłam się w  niego całym ciałem i położyłam głowę na jego ramieniu. Przyjemne ciepło rozchodzące się po moim ciele dotarło tym razem do serca, a ja poczułam wewnętrzny spokój. Tak dobrze nie było mi jeszcze nigdy. Nie myślałam o troskach, zmartwieniach w ogóle o niczym. Tylko o tym cieple, które znalazło się w mej duszy.
Feliks tulił mnie do siebie dość długo. Gdy oderwałam się od niego byłam spokojna i szczęśliwa. On naprawdę potrafił mnie zmienić.
Napotkałam jego wzrok i uśmiechnęłam się do niego. Zrobił dokładnie to samo.
-Jesteś zmęczona? -zapytał.
-Tylko trochę.-wyznałam zgodnie z prawdą.
-Może czas żebyś się położyła? -zaproponował.
-Dobrze. Ale będziesz tutaj? -musiałam się upewnić, że nigdzie nie pójdzie.
-Tak. Zostanę z tobą.-powiedział.
Ułożyłam się na łóżku i położyłam głowę na poduszce. Co prawda ramię blondyna było znacznie wygodniejsze, ale nie chciałam mu się narzucać.
-Feliksie?
-Tak?
-Będziesz siedział przez całą noc czy może skorzystasz z drugiej strony łóżka i się położysz? -zapytałam.
-Co proponujesz?-zapytał poważnie.
Popatrzyłam na niego.
-To chyba oczywiste. Skorzystaj z drugiej strony.-chciałam żeby rano był sprawny, a nie kaleką z powodu mej uprzejmości.
-Dobrze. Dziękuję ci.-wyszeptał i po chwili poczułam jak kładzie się obok mnie.
Odwróciłam się do niego przodem.
Popatrzył na mnie swymi pięknymi oczami.
-Śpij spokojnie.-powiedział.
-Ty również.-odparłam i naciągnęłam kołdrę. Milczałam przez chwilę, po czym spytałam:
-Nie pogniewasz się jeśli przytulę się do ciebie? Moje łóżko nie jest zbyt duże.
Milczał dłuższą chwilę i już się martwiłam, że nie odpowie.
-Nie będzie mi to przeszkadzać.-odrzekł cicho.
Szczęśliwa z jego odpowiedzi wtuliłam się w niego. Znajome ciepło sprawiło, że zasnęłam chwilę potem i nie śniło mi się nic oprócz jasnego światła przed oczami.

***********************************************************************************



Cześć!
 Wiem, że długo nie pisałam więc w ramach zadośćuczynienia napisałam dłuższy rozdział. A przynajmniej mam nadzieję, że jest dłuższy;) Nie wiem czy się spodoba czy nie i czy będziecie chcieli kontynuacji. Jeśli tak, napiszę. Jeśli nie, cóż mówi się trudno. Mam jednak nadzieję, że spotkamy się na następnym rozdziale:) DZIĘKUJĘ ZA KAŻDY KOMENTARZ, KTÓRYM MOTYWUJECIE MNIE DO DALSZEGO PISANIA!!! KOCHAM WAS!!!
 Pozdrawiam:)




niedziela, 25 sierpnia 2013

Rozdział 3

Feliks ciągle tutaj był. Nie odzywał się za co byłam mu wdzięczna. W momencie gdy powiedział, że jest moim opiekunem i jego zadaniem jest obrona mnie, nie opuszczał mnie na krok. Jego obecność działała na mnie dziwnie uspokajająco. Wystarczyło, że popatrzyłam w jego ciepłe, spowite błękitem oczy i nagle cała niepewność, którą w sobie miałam ulatniała się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
On był inny. Czułam to wyraźnie, ale nie potrafiłam stwierdzić na czym jego inność polega. Wszystko co robił czy mówił miało dla mnie znaczenie, a zwłaszcza jego słowa i to, że wierzył iż potrafię się pozbierać i nie próbować więcej się zabić.
Leżałam na łóżku, a obok mnie mój wybawca. Nie stykaliśmy się ciałami, a wyraźnie czułam jego ciepło i troskę. Zaskoczyło mnie, że tak bardzo martwi się o mnie. Nie miał żadnego powodu, żeby tutaj być.
Zerknęłam w jego stronę. Miał zamknięte oczy, a ręce opuścił i skrzyżował na sercu. Wyglądał jak...
-Feliks?
Powoli uchylił powieki i popatrzył mi w oczy. Tak intensywny błękit jak ocean, morska woda i nieskazitelne czyste niebo było jego spojrzenie. Patrzyłam i patrzyłam, aż usłyszałam jego miękki głos:
-Bereniko? Dobrze się czujesz?
Zamrugałam gwałtownie, a później zarumieniłam się, aż po nasadę szyi. Chyba nie powinnam tak się gapić. Mógł uznać, że mi się podoba albo jeszcze gorzej. No, dobrze. To właściwie nie byłoby kłamstwo. Bo rzeczywiście chłopak był urodziwy i to bardzo. Temu nie mogłam zaprzeczyć. Gdyby pojawił się w szkole kolejka dziewczyn murowana.
Odetchnęłam głęboko. Weź się w garść, mówił głos w mojej głowie.
-Nic mi nie jest. -oznajmiłam, a po chwili dodałam: -  Miałam cię o coś spytać.
Odwrócił się i oparł na ramieniu.
-Tak?
- No, więc? Powiesz mi wreszcie kim jesteś i co tu robisz?
Uśmiechnął się.
-Tak, wiem. Opiekunem.-powiedziałam znużona.-Co dokładnie to znaczy?
Przez chwilę wydawało mi się, że pojawił się w jego oczach smutek. Trwało to zaledwie ułamek sekundy, lecz byłam niemal pewna, że to nie złudzenie.
-Wkrótce się wszystkiego dowiesz.-oznajmił.
Westchnęłam. Znowu mnie zbywał.
-Kiedy?-nalegałam. Musiałam poznać prawdę. Dowiedzieć się co tak naprawdę się dzieje. Powoli zaczynałam myśleć, że może zwariowałam i tylko go sobie wymyśliłam. Słyszałam o takich ludziach, którzy wymyślają sobie niewidzialnego przyjaciela i tylko oni są w stanie go dostrzec. Ja nie byłam taką osobą. Ale skoro blondyn nie chciał wyznać mi prawdy, postanowiłam sama ją odkryć. Jeszcze nie wiedziałam jak, lecz przysięgłam sobie, że dowiem się wszystkiego.
-Niech będzie.-mruknęłam i podniosłam się do pozycji siedzącej. Patrzył na mnie podejrzliwie jakbym była jakaś niebezpieczna. Cóż, jeśli mnie wkurzy to rzeczywiście mogę się taka stać. Z natury byłam wrażliwa, ale nikt mną nie będzie pomiatał i wyzywał od najgorszych. Umiejętność bronienia się na szczęście zachowałam, a moja cierpliwość była jak niekończący się ocean więc nikt nie był w stanie wytrącić mnie z równowagi. Na razie.
Nie mogąc dłużej znieść wzroku Feliksa, wstałam i zaczęłam spacerować po pokoju. Wiedziałam, że mi się przygląda, ale nic sobie z tego nie robiłam.
Wygładziłam zasłony, poukładałam i wytarłam z kurzu figurki na półce. Później podlałam kwiaty na parapecie i ułożyłam ubrania w szafie. Wszystko, byle nie widzieć jego morskich oczu.
Odwróciłam się, zastanawiając co jeszcze mogłabym zrobić i napotkałam pytający wzrok blond chłopaka.
-Mogę wiedzieć co robisz? -zapytał.
Sama chciałabym to wiedzieć.
-Duszno mi. -oznajmiłam nagle.- Muszę wyjść.
Mój wybawca podniósł się zgrabnie i podszedł do mnie.
-Czas zacząć twoją terapię.-powiedział.
-Nie jestem chora. -warknęłam i chwyciłam z wieszaka kurtkę.
Jeśli miał zamiar traktować mnie w ten sposób, to nic z tego nie wyjdzie.
-Przepraszam.- usłyszałam. -Wcale tak nie myślę.
Wypuściłam powietrze z płuc nie zdając sobie sprawy, że wstrzymywałam oddech.
-Nie jestem chora.-powtórzyłam, lecz tylko po to żeby to do mnie dotarło. Wiedziałam, że on wie. Musiałam przekonać samą siebie, że nic mi nie jest, że nikogo nie potrzebuję. Poradzę sobie sama, przekonywałam się. Nie potrzebuję jego pomocy.
Otworzyłam usta, żeby mu to przekazać gdy nagle zamarłam. Nie. To wszystko kłamstwa. To on mnie uratował i zapewnił, że mi pomoże. Jak przez chwilę mogłam w to wątpić?
-Chodź ze mną. -powiedział łagodnie i wskazał drzwi.
Nawet się nie zawahałam, a to znaczyło, że mu ufałam. Jakim cudem w tak krótkim czasie mnie do siebie przekonał?
Wyszliśmy na zewnątrz i leśną ścieżką skierowaliśmy się w stronę lasu.
 W miarę jak zagłębialiśmy się coraz dalej, powracały wspomnienia. Z początku widziałam tylko padający deszcz, chłód i ziemię pod palcami. Przed oczami stanęła mi olbrzymia dziura i ziejąca czarna pustka.
Poczułam na ramieniu czyjąś dłoń. Wrażenie było tak prawdziwe, że odruchowo odwróciłam się. To Feliks trzymał rękę na moim ramieniu powodując, że czarne obrazy w mojej głowie stopniowo zaczęły zanikać. Znowu byłam w lesie, tu i teraz, a nie na urwisku od którego teraz miałam dreszcze.
-Najlepszy sposób na zmierzenie się ze swoją przeszłością to powrót do miejsca w którym wszystko się zaczęło. -powiedział Feliks cicho.
Pokręciłam głową.
-A co jeśli przeszłość tylko pogorszy sprawę? -zapytałam. -Co wtedy?
Patrzył prosto w moje oczy.
-Wtedy trzeba dać spokój na jakiś czas. A później spróbować jeszcze raz.
-To się nie uda. -oznajmiłam i uszłam parę kroków do przodu. Rzuciłam okiem na błotnistą ziemię pod nogami i poszycie lasu. Zapragnęłam płakać.
-Zabierz mnie stąd. -powiedziałam łamiącym się głosem.-Proszę.
Feliks podszedł do mnie i przyglądał się mojej twarzy.
-Pierwszy krok jest najważniejszy, Bereniko.
Poczułam łzę na policzku.
-Na co mi pierwszy krok, skoro sam widzisz jak reaguję na choćby najmniejszą urywkę mojego skoku z klifu? -mruknęłam.-To wszystko bez sensu.
Feliks otarł łzę z mojej twarzy i powiedział kojąco:
-Jesteś dostatecznie silna, by pokonać swoje demony i zacząć od nowa.
Przez chwilę uwierzyłam w to co powiedział. Ale później przypomniałam sobie te wszystkie obrazy i pustkę.
-Och! Może następnym razem.-obiecałam.
-Na dzisiaj starczy.-zdecydował.-Przyjdziemy tu znów za kilka dni.
Wziął mnie pod ramię i poprowadził ścieżką do domu.


************************************************

Przepraszam, że nie pisałam tak długo. Przez 5 miesięcy byłam zajęta, a zresztą myślałam nad tym czy dalej pisać czy nie. No i doszłam do wniosku, że skoro trzeci rozdział był już prawie gotowy to go dodam i już. Zobaczymy co będzie dalej i jak przyjmiecie ten rozwijający się wątek. Jeśli będziecie chcieli kontynuację to będzie. NAPRAWDĘ DZIĘKUJĘ ZA KAŻDMY KOMENTARZ I DOBRE SŁOWO. TO NIESAMOWICIE MOTYWUJE!!!
      No i może do zobaczenia przy następnym rozdziale;)

niedziela, 24 marca 2013

Rozdział 2

Gdy otworzyłam oczy ujrzałam jasność. Napływała z każdej strony,otaczała mnie niczym kokon motyla.Była tak jasna,że raniła mój wzrok,który nie przywykł do tak silnego światła.Jęknęłam i próbowałam wstać.Jasność ustała,lecz światło pozostało.Było ledwo widoczne,ale jednak było.Wsparłam się na łokciu i rozejrzałam jeszcze nie całkiem świadoma tego co się wydarzyło. Znalazłam się w swoim pokoju. Jak? Pojęcia nie miałam.Przecież byłam tam.Na urwisku.Więc jak to możliwe...? Chyba,że..Nie.To nie był sen,choć takie wytłumaczenie miałoby sens.Ale całe ciało miałam obolałe,dłonie brudne od zaschniętej ziemi,a ubranie wilgotne od deszczu.Jakim cudem znalazłam się w swoim pokoju,w swoim łóżku?
Poczułam znajome ciepło i popatrzyłam w stronę okna.Przy parapecie stał blond chłopak,który odciągnął mnie od skały i nagle był w moim mieszkaniu.Skąd wiedział gdzie mieszkam? Jak wszedł do środka,skoro nie miał kluczy? To nieprawdopodobne.Niemożliwe.
Jęknęłam po raz drugi i próbowałam usiąść,ale jakoś mi nie wychodziło.Opadłam ociężale na poduszkę,a moje plecy zakłuły boleśnie.
Nie wiedziałam co mam myśleć o tym wszystkim.Co mam zrobić.Gdyby nie mój wybawca teraz byłabym daleko stąd.Z dala od tego pokoju,tego życia.Czy po drugiej stronie naprawdę byłabym szczęśliwa i wolna? Skąd mogłam to wiedzieć? A jeśli ''tam'' byłoby gorzej niż tutaj? Chyba nie wierzyłam,że gdziekolwiek może tak być.
Chłopak przy oknie poruszył się i podszedł do mnie powoli.Cały ten czas patrzył na mnie uważnie jak gdybym była niebezpieczna i gotowa w każdej chwili go zaatakować.Miałam ochotę się śmiać,ale nie wydałam żadnego dźwięku.Zamiast tego przyglądałam mu się z niepokojem,a gdy usiadł na łóżku moje ciało gwałtownie się napięło.
-Nie bój się.Nie zrobię ci krzywdy.-powiedział spokojnie i łagodnie.Jego oczy były takie ciepłe,pełne szczerości.
Musiał grać.I nieźle mu szło.Nie nabrałam się na tę maskę,którą przybrał.Mógł być przecież mordercą,bandytą.Nadal nie wiedziałam jak się tutaj znalazł,a co gorsza co mógł mi zrobić gdy byłam nieprzytomna.To mnie niepokoiło,aczkolwiek po chwili zastanowienia uznałam,że to w sumie bez znaczenia.
-Dlaczego?-zapytałam,chociaż nie byłam pewna o co go pytam.Dlaczego mnie uratował? Dlaczego przyniósł mnie tutaj? Dlaczego nie pozwolił mi skoczyć? W jaki sposób dostał się do domu i skąd wiedział,że tu mieszkam? Nie wiedziałam o co pytać pierwsze.Uśmiechnął się jednak,jak gdyby znał odpowiedz nie tylko na te pytania.
-Zaufaj mi.Wszystko będzie dobrze.-szeptał czule.
Powoli ogarniała mnie senność.Powieki same się zamykały,a ja nie byłam w stanie nad tym zapanować.Nie! Musiałam być przytomna.Cokolwiek mi dał,nie mogłam pozwolić na sen.Gwałtownie zamrugałam.Znużenie powoli znikało i znów mogłam normalnie funkcjonować.Popatrzyłam na blondyna.Siedział na krawędzi łożka i bacznie mnie obserwował.To zaczynało być irytujące.
-Wyjaśnij w jaki sposób tutaj wszedłeś.-powiedziałam stanowczo,a mój głos na szczęście nie zabrzmiał piskliwie.
-Dobrze.-znowu na mnie spojrzał.Obserwowałam go kątem oka i patrzyłam na niemal każdy jego ruch.-Wszedłem drzwiami.Klucze znalazłem w kieszeni twojej bluzy.-wyjaśnił,jakby mówił o pogodzie.Okej,to było jasne.Co dalej?
-Skąd wiedziałeś gdzie mieszkam?-zapytałam,bo bardzo mnie to niepokoiło.Nie miałam napisane na twarzy,że tu jest mój dom.Nie brałam ze sobą żadnych dokumentów więc nie mógł z nich wyczytać adresu.W takim razie jakim cudem wiedział?
-Słucham.-rzuciłam poważnie,bo nie usłyszałam odpowiedzi.Milczał.Przestraszona sięgnęłam po nożyczki leżące na szafce.To śmieszne,ale poczułam się bezpieczniej.Chociaż miałam przeczucie,że mnie nie zrani.Przecież gdyby chciał mi coś zrobić już dawno by to uczynił,prawda?
-Wiem o tobie więcej niż myślisz.-powiedział cicho.
Przerażona wpatrywałam się w niego nadal nie wiedząc co o tym wszystkim myśleć.Z trudem przełknęłam ślinę.
-Nie bój się,Bereniko.
Krzyknęłam.Wyskoczyłam z łóżka i wycelowałam ostry przedmiot w jego stronę.Popatrzył na mnie spokojnie.
-Kimkolwiek jesteś,wynoś się z mojego domu!-podniosłam głos,zupełnie nie wiedząc co tak bardzo mnie przestraszyło.
-Odłóż to.-poprosił.-Powiem ci wszystko co chcesz wiedzieć.
Z trudem usiadłam na łóżku,ale nożyczki pozostały w mojej dłoni.Tak na wszelki wypadek.Podniosłam wzrok i z irytacją zauważyłam,że się na mnie gapi.Nawet nie próbował tego ukryć.
-Dobrze więc.Jaki cudem znasz moje imię i wiesz gdzie mieszkam? Znasz moją matkę?
Zaskoczony tym pytaniem,pokręcił blond głową.
-Ojca?-zapytałam,bo inne wyjaśnienie nie przychodziło mi do głowy.
-Nie znam nikogo z twojej rodziny,oprócz ciebie.-oznajmił.
-Więc jak?
Westchnął cicho.Zabrzmiało to jak pomruk wiatru.W pewnym sensie ten dźwięk trochę mnie uspokoił.Dziwne,ale tak było.
-Mam na imię Feliks.-powiedział i dotknął wierzchem dłoni mojej ręki.Wzdrygnęłam się i odtrąciłam jego dłoń.Niezrażony moją reakcją,kontynuował:
-Wiem gdzie mieszkasz,ile masz lat,co lubisz robić,a czego nie znosisz.Czasami słyszę twoje myśli.-popatrzył mi głęboko w oczy ze smutkiem.-I bynajmniej nie są to szczęśliwe myśli.Ty cierpisz.I to bardzo.
Pokręciłam głową z niedowierzaniem i strachem zarazem.
-Jesteś nienormalny,Feliksie.-oznajmiłam.-Nikt nie słyszy cudzych myśli.To po prostu niemożliwe.
Wstał i zaczął krążyć po pokoju.
-Powiedz mi,Bereniko.-zatrzymał się i rzucił okiem w moją stronę.-Wierzysz w Boga?
Zaskoczona tym nagłym pytaniem,milczałam przez parę chwil.W końcu rzuciłam:
-Myślę,że tak.Ale co to ma do rzeczy?
-Bardzo wiele.Więc skoro mówisz,że wierzysz,to ufasz że są na świecie także inne istoty,prawda?
Zmarszczyłam brwi.Dokąd prowadziła ta rozmowa?
-Nie mam pojęcia.Dlaczego zadajesz takie dziwne pytania?-warknęłam.
Jego twarz pozostała niewzruszona.
-Bóg dał ci życie.-ruszył przez pokój i zatrzymał się przy oknie.-Nie wolno ci go zmarnować.
Milczałam,gdyż nie bardzo wiedziałam co mam mu powiedzieć.Po części miał rację,ale...No,właśnie.Po co mam żyć? Dla kogo?
-Dla siebie.-usłyszałam jego odpowiedź.
-Jak ty...?-popatrzyłam na niego.
Feliks również patrzył na mnie przenikliwie.Jego oczy błyszczały jak latarnie i lustrowały mnie dogłębnie.Poczułam suchość w gardle.Potrząsnęłam głową,aby pozbyć się tego wrażenia.Blondyn zbliżył się i usiadł obok mnie.Spojrzałam ponownie na jego twarz.Jego niebieskie oczy były tak przejrzyste jak tafla jeziora.Mogłam czytać z nich jak w otwartej księdze.Chciał mi pomóc.Nie.Musiałam to sobie wymyślić.Nie wiedział co się ze mną dzieje.Nikt nie wiedział.
-Pozwól sobie pomóc,Bereniko.-wyszeptał cicho.
Przymknęłam oczy.Pomóc? Naprawdę tego chciał? Użerać się ze mną?
Poruszył się bezszelestnie.Gwałtownie uniosłam powieki,by po chwili poczuć jego dłoń na swoim ramieniu.Ogarnęło mnie przyjemne ciepło rozchodzące się od mojego barku po brzuch.Niewidzialna siła uspokoiła mnie odrobinę i wyzbyłam się resztek niepokoju.Westchnęłam cicho gdy przesunął po moim policzku tym ciepłem.Miałam ochotę wtulić się w niego cała.Byłam przekonana,że Feliks ma nie tylko ciepłą dłoń,lecz również ciało.Przerażona tymi myślami gwałtownie odsunęłam się od niego.
-Mam tylko jedno pytanie.-oznajmiłam szeptem.
Czekał cierpliwie.
-Kim jesteś?
Nawet nie mrugnął.Już myślałam,że się nie odezwie,ale on rzekł:
-Pragnę ci pomóc.
-To nie jest odpowiedź.-powiedziałam.
Popatrzył na swe dłonie.Gdy przechylił lekko głowę w bok,ujrzałam gładką i smukłą szyję.Złote włosy opadły na policzek zasłaniając oczy i piękne usta.Przez chwilę zastanawiałam się jak by to było gdybym go dotknęła. Jaka byłaby jego skóra w dotyku? Czy równie gładka na jaką wyglądała?
Feliks uniósł głowę i popatrzył na mnie.Zawstydzona swoimi myślami zarumieniłam się.Posłał mi rozbawiony uśmiech.Chwilę później spoważniał i oznajmił:
-Jestem twoim opiekunem.
Zamrugałam nie wiedząc o czym on mówi.Ach,no tak!
-Opiekunem?-westchnęłam znużona.-Co to znaczy?
-Wszystkiego się dowiesz w swoim czasie.
Miałam dość tej jego tajemniczości i zagadkowych odpowiedzi.
-Posłuchaj,naprawdę jestem zmęczona twoimi odpowiedziami.Zresztą nie bawią mnie ani trochę.
Mój ''opiekun'' usiadł na brzegu łóżka i wpatrywał się w moją twarz.Po minucie nie wytrzymałam.
-O co ci chodzi? Dlaczego się na mnie patrzysz?
Jego usta uniosły się w uśmiechu.
-Pozwól sobie pomóc.
Och,na litość boską!
-Jak chcesz mi pomóc?
-To znaczy,że się zgadzasz?
Jego oczy były teraz w odcieniu morskiej wody.Tak głębokiego błękitu nigdy nie widziałam.Mogłabym w nich utonąć.
-Berenika?-z rozmyślań wyrwał mnie głos Feliksa.
-Hm?
-Zgadzasz się?
Jego usta były takie piekne,że zapragnęłam je dotknąć.Nie bacząc na nic zbliżyłam się do niego i palcem musnęłam jego ciepłe wargi.Zaskoczony,cały się spiął i odsunął na bezpieczną odległość.Byle daleko ode mnie.A ja głupia myślałam,że chce mi pomóc.
-Idź już.-powiedziałam.
-Nie mogę.
-Zostaw mnie samą.
-Nie mogę cię opuścić.-oznajmił stanowczo.
Miałam ochotę wybuchnąć śmiechem,a zamiast tego poczułam jak w oczach wzbierają mi łzy.Tylko nie to.Jakoś nie miałam ochoty przy nim płakać.Dość,że widział mój nieudany skok samobójczy.
-Wyjdź,Feliksie.-powiedziałam drżącym głosem.-Nie pomożesz mi.Nikt tego nie zrobi.
-Mylisz się.Znam cię dobrze i wiem jaka jesteś.
-Jakim cudem?-zapytałam z trudem powstrzymując łzy.
-Moim zadaniem jest ochrona ciebie.Taki otrzymałem rozkaz.
Uniosłam głowę,aby przekonać się czy żartuje.Jego twarz była absolutnie poważna.Uniósł kciuk i otarł łzę spływającą po moim policzku.Nie miałam pojęcia,że płaczę.Jednak teraz było mi wszystko jedno.
-Proszę cię,zaufaj mi.Zaufaj,a obiecuję,że będzie dobrze.
Wahałam się dłuższą chwilę.Ciepło bijące od niego,łagodność i troskliwość przeważyły nad moją decyzją.
-Dobrze.-wyszeptałam cicho.-Zgadzam się.
Dokąd zaprowadzi mnie ta decyzja? Co ja w ogóle robię? Nawet go nie znam,a on najwyrażniej wie o mnie znacznie więcej niżbym chciała.Skąd czerpie tą wiedzę? I jakim cudem zna moje myśli? To raczej nie jest normalne.A jeśli to tylko sen i za chwilę się obudzę? Znów zostanę sama? Choć przez chwilę gdy mnie dotknął poczułam się naprawdę szczęśliwa.Czy to mogłoby trwać dłużej?





Wiem,naprawdę STRASZNIE PRZEPRASZAM za to,że długo nic nie pisałam.Możecie mnie zwymyślać od różnych takich,przyjmę to z pokorą.To przez moje lenistwo.Och,czasami mam ochotę nawrzeszczeć na siebie za to.Ale ważne,że rozdział jest.Mam nadzieję,że się podoba.Komentujcie i piszcie co myślicie.Następny postaram się dodać szybciej.Obyście już nie musieli czekać tak długo.Zawsze możecie mnie pogonić żebym sie ruszyła i coś tam skrobnęła.Acha,no i zważywszy na to,że idą święta postaram się dodać trzeci rozdział jeszcze w tym tygodniu.Ale jak to ze mną bywa,nigdy nic nie wiadomo także bądżcie cierpliwi! Pozdrawiam wszystkich czytelników;)



niedziela, 10 lutego 2013

Rozdział 1

To głupie. To naprawdę głupie.Stałam nad klifem w środku dzikiego lasu i patrzyłam w dół. Jedna,wielka, czarna dziura.Czy ukoi mój ból? Czy pozwoli mi zapomnieć o życiu i zasnąć wiecznym snem? Wreszcie będę szczęśliwa. Ale czy na pewno? Nie.Byłam pewna, że nie. Dlaczego chciałam to zrobić? Dlaczego chciałam się zabić? Miałam dość powodów, aby popełnić taki czyn.I wcale nie chodziło tutaj o wielką miłość, o nie.Jedyne co tak naprawdę mnie do tego ciągnęło była śmierć. Pomyślicie,że oszalałam, ale byłam jak najbardziej normalna. Regularnie chodziłam do lekarza na badania kontrolne i wyniki były zaskakująco dobre jak na mnie. Praktycznie nigdy nie chorowałam.Jedynie raz, gdy miałam może sześć lat.
Rodzice nie chcieli mi powiedzieć co się stało i dlaczego wylądowałam w szpitalu, ale ja i tak dowiedziałam się prawdy. Usłyszałam kiedyś ich rozmowę na tyle dziwną, że później stwierdziłam, iż coś jest ze mną nie tak.Wcale nie zachorowałam wręcz przeciwnie.Tak naprawdę połknęłam garść tabletek i popiłam je kawą dla dorosłych.Skąd ją wzięłam? Tego akurat nie pamiętam.Musiała leżeć na stole pozostawiona przez mamę lub tatę.To był pierwszy raz gdy próbowałam popełnić samobójstwo.Dlaczego tak bardzo ciągnęło mnie do śmierci?
Wkrótce znalazłam odpowiedź na to dręczące pytanie.
Po pierwsze, rodzice nie zajmowali się mną.Oczywiście dawali mi wszystko czego potrzebowałam,lecz ich brak zainteresowania mną sprawił,że uwierzyłam,iż jestem im obojętna.Naturalnie, kochali mnie,ale nigdy mi tego nie powiedzieli.Chyba miałam więc prawo sądzić inaczej?
Po drugie, brak znajomych i przyjaciół.Ludzi z którymi mogłabym porozmawiać, pośmiać się i wypłakać gdyby zaszła taka potrzeba.Nikogo takiego nie miałam.
Po trzecie, szkoła.Co jak co,ale to chyba było najgorsze.Mój dzień wyglądał mniej więcej tak:
wstawałam o siódmej, jadłam śniadanie, ubierałam się ( nie interesowała mnie moda więc chodziłam w zwykłych, szarych ubraniach przez co zostałam wyśmiana przez miłe koleżanki z klasy).
Moje włosy sięgały do ramion, były czarne jak węgiel co mocno mi się nie podobało.
Koledzy z klasy wymyślili mi przezwisko " diabełek ", co było nie na miejscu, bo przecież jestem cicha, skromna i miła dla innych. Ich okrucieństwo wywoływało łzy na mojej twarzy.Nienawidziłam ich.Nienawidziłam szkoły, całego swojego głupiego życia.Dlatego stwierdziłam, po co mam istnieć? Czy ktokolwiek zauważy moje odejście? Ktokolwiek będzie mnie żałował? Byłam jak duch wśród żywych.Nie miałam prawa oddychać, bo karano mnie za to.Złośliwe uśmiechy i komentarze na mój temat, wszystko to było mi tak bliskie.Wszystko sprawiało ból.Chciałam wreszcie poczuć się wolna.A tutaj czułam się jak zwierzę uwięzione w klatce.Musiałam działać.
   Przed swoim wyjściem zostawiłam list pożegnalny dla rodziców. " Nie martwcie się o mnie, wszystko jest w porządku. Wreszcie jestem szczęśliwa. Kocham Was,choć nie wiem czy Wy kiedykolwiek kochaliście mnie ". Tak brzmiały moje ostatnie słowa. Wiedziałam, że sprawiam im ból, ale nie robiłam im tego na złość, tu nie chodziło o nich. Chodziło o mnie.
Chciałam po prostu uwolnić się od tego ciężaru, którym było moje życie. Moja codzienna destrukcyjna rutyna. To mnie niszczyło,dlatego musiałam to przerwać jak najszybciej.Nie będę żałować.Wiedziałam,że nie będę,bo nie miałam już nic do stracenia.
 Zrobiłam krok naprzód.Szłam powoli, a przed oczyma przelatywały mi te wszystkie bolesne obrazy.
Rodzina, dom, szkoła. Nic z czego mogłabym się cieszyć, uśmiechać. Moje życie dobiegało końca, wiedziałam o tym. Jeśli teraz skoczę, drugiej szansy nie będzie.Zdawałam sobie z tego sprawę,a głos wewnątrz mówił,że to jedyne wyjście z tej sytuacji.
 Spojrzałam w dół raz jeszcze. Deszcz, który nagle zaczął padać moczył mi ubranie, włosy.Robiło mi się zimno. Gdy pomyślałam o swym ciele zwisającym ze skał, przeszedł mnie dreszcz strachu. Jeszcze nie jest za późno.Możesz się wycofać.Ale nie mogłam. Nie mogłam.Łzy spływały mi po policzkach, wiatr rozwiewał włosy,które wpadały do oczu i przesłaniały widok.
Odgarnęłam czarne kosmyki i uniosłam twarz do nieba. Woda wsiąkała w moje spodnie,kurtkę. Skały wyglądały niebezpiecznie ślisko. Wystarczyłby jeden krok i znalazłabym się  na dole. Co mnie powstrzymywało?
 Wahałam się i nie mogłam zrobić następnego kroku. Na co czekasz? Skacz, już.
Ale nie skoczyłam. Usiadłam na rozmokłej ziemi i wbiłam paznokcie w grunt.Ukryłam twarz w dłonich, a potem zauważyłam błoto na rękach. Teraz było na mojej twarzy.To już bez znaczenia.
Brudna czy czysta, co za różnica skoro za chwilę będę martwa?
   Wstałam z trudem i wytarłam brudne dłonie o spodnie. Nagle zrobiło mi się ciepło, a wręcz gorąco.Wiał jeszcze wiatr, dlaczego więc nie jest mi zimno tak jak przed chwilą?
Podeszłam do urwiska już chyba trzeci raz tego dnia. Po prostu to zrób. Zamknęłam oczy i postąpiłam do przodu.
- Nie rób tego.
Usłyszałam jakiś głos.To się wydarzyło naprawdę czy tylko to sobie wyobraziłam?
Chyba już nie myślałam jasno.Jeden krok.Wystarczy jeden krok.
-Nie rób tego.
Znowu głos.Tym razem usłyszałam go znacznie bliżej. Był łagodny i uspokajający.Jak niewielki promyk słońca.Dla mnie już nie było słońca, nie było niczego oprócz tej skały i tego jednego czynu.
-Proszę.
Poczułam ciepło na plecach.Mój oddech stał się płytki i urywany.A więc nie wymyśliłam sobie tego.Za mną ktoś stał i próbował  mnie powstrzymać.Ale podjęłam już decyzję.Nie zamierzałam jej zmieniać.
-Nie rób tego.- powtórzył ktoś.
-Przestań!
Nie wytrzymałam i odwróciłam się,aby chwilę potem stanąć oko w oko z chłopakiem o nieziemskiej urodzie.Nieziemskiej i to dosłownie.Patrzyłam na niego jak jakaś idiotka.Gapiłam się i nie mogłam przestać.Wzrostem górował nade mną, blond włosy były tak jasne, że aż raziło w oczy. Miałam ochotę ich dotknąć i sprawdzić czy są tak miękkie na jakie wyglądają.Oczy wpatrywały się we mnie łagodnie.Ten niebieski kolor morskiej wody był tak przejrzysty jak szkło. A usta wręcz idealnie stworzone do tego, aby je całować.
Popatrzyłam na jego ubranie wciąż jak zaczarowana.Czarne spodnie, buty i ...podkoszulek? Czy nie było za zimno na taki strój? Gdzie była jego kurtka i dlaczego nie marzł?
Biło od niego takie przyjemne ciepło,taka łagodność i delikatność, że wręcz kusiło mnie,aby wpaść w jego ramiona i ukryć się przed światem.Uciec od problemów.
Ale nie mogłam tego zrobić.Odwróciłam wzrok i skupiłam się na klifie.Jak miałam skoczyć, skoro on tu był?
-Nie rób tego.
-Możesz przestać? - wyszeptałam ze łzami w oczach.Ból w moim sercu narastał.Kłuł jak igły kaktusa i ranił mnie boleśnie.
-Odejdź stąd.- powiedziałam słabo.Wiedziałam, że moje prośby okażą się bezskuteczne, ale ku mojemu zdumieniu zniknął. W jednej chwili tam był,a w następnej już nie.Może mi się to przywidziało.To nie było prawdziwe.Zaczynałam mieć  omamy, a to nie wróżyło dobrze.
  Deszcz już nie padał, nawet nie zauważyłam kiedy przestał. Wzięłam głęboki oddech  i zamknęłam oczy.Gdy postąpiłam naprzód i prawie zawisłam nad tą olbrzymią dziurą, aby wpaść do niej poczułam na ramieniu uścisk.Nie był mocny, ale nie miałam sił walczyć.
Postąpiłam jeszcze bliżej klifu i postawiłam drugą nogę na skale.
Jakaś siła odciągnęła mnie od tego miejsca i znalazłam się parę metrów od urwiska.
Stanęłam twarzą w twarz z moim wybawcą, jasnowłosym chłopakiem.Byłam pewna,że miałam halucynacje, a on stał teraz przed mną żywy i trzymał mnie za ramię jak gdyby bał się, że spróbuję ponownie.
Popatrzyłam na niego bezsilna.Dlaczego nie zadzwonił na policję i nie poinformował, że jakaś wariatka próbuje skoczyć z klifu? Oni by się mną zajęli, a tymczasem to właśnie on stał teraz ze mną i patrzył mi prosto w oczy, łagodnym niebieskim spojrzeniem. Dlaczego?
Chciałam go zapytać, ale przed oczami zobaczyłam tylko ciemność.Pochłaniała mnie z każdą sekundą i wciągała w swe sidła.
Bałam się.Tak bardzo się lękałam, bo w ciemności nigdy nie będę bezpieczna.





Prolog

Gwiazdy zaczęły spadać,a niebo nagle pociemniało.Wśród drzew stojących na skraju lasu wylądował.Ten, który na zawsze miał odmienić życie jednej zagubionej duszy na tym świecie. Ten, który nauczy ją czym jest prawdziwa miłość i co to znaczy naprawdę żyć.
Ale przyniesie również wielki zawód i bolesne rozczarowanie.Łzy i smutek. Wszechogarniający ból,że nie może być inaczej.To co się ma wydarzyć, dopełni się, lecz nieznane dotąd konsekwencje pewnego uczucia zmienią na zawsze serce i duszę tych osób. Zmienią życie na lepsze, ale czy właściwe? Czy to uczucie może być pewne, jeśli na przeszkodzie stoi przenaczenie? Jeśli przeciwko jest cały świat?
C z y   t o   j e s t   m o ż l i w e ?